Ściana, którą malowałem przy ul. Wyspiańskiego może mieć nawet ok 60 lat, nie wiem. Jest w ciekawym i widocznym miejscu, a nie została nigdy zagospodarowana. Uważam, że coś w tym jest skoro przez tyle dekad, nie dotarł do niej nawet jakikolwiek przejaw wandalizmu. To trochę jakby oficjalnie czekała na tę produkcję, całe swoje dotychczasowe istnienie. Od jakiegoś czasu jej początek rozpala figurka siedzącego chłopca św. Jose Sancheza del Rio. Do końca nie jestem pewien czy przez przypadek, ale jest to teraz poniekąd idealnym intro powitalnym, także do dalszego odbioru tej produkcji/ dobrze współgrającą. Całość zawiera łącznie dużo wyważonego przekazu, gdzie poruszane tematyki są ze sobą sprawnie kompatybilne.
Przed rozpoczęciem malowania przygotowałem tylko zarys wizji, więc otrzymałem pełne zaufanie co do wykonania. To było już rodzajem pewnej wolności, swobody, ale także i auto presji z powodu debiutu na tym terenie. Chciałem aby mural nie przypominał fototapety, chciałem aby wykonanie nawiązywało do starodawnych fresków nadszarpniętych duchem czasu, ale nadal w formie. Zależało mi aby wykorzystać odcienie, plamy, odbarwienia, które już były, a momentami wprowadzić tłusto soczysty kolor. Sporo energii, pozytywnej, radosnej ale bez podlizu i milusiństwa, czyli energii szczerej- biologicznie naturalnej. Niech nią emanuje ten wielkoformatowy obraz…który nie jest opisany tytułem, który momentami jest niedopowiedziany bo ma pobudzać wyobraźnię; dawać do myślenia, każdemu z osobna na indywidualny sposób. Taki niespodziewany, napotkany lub po prostu mijany mural, ma na celu nie tylko ożywiać lokalny koloryt. Śmiem twierdzić, że ma także ewentualnie lekko pocieszać i rozchmurzać widzów, bo przedstawieni tam Pielgrzymi Nadziei mają misję i to nie są zwykli spacerowicze. A kwestie, które często poruszał św. Franciszek, ja osobiście nazywam sobie taką Sztuką Doceny. Malując tam uczyłem się tego miejsca, z początku było gwarno, cienie na ścianie, które utrudniały zachowanie gry kolorów, po południu całość centralnie pod słońce itd, Z czasem to opanowałem i potrafiłem uzyskać odczucie dosłownej sielanki duchowej podczas pracy. Swobody- zapracowanej, co sprawiało, że doceniałem ją bardziej. Gołębie chodzące po ziemi i ewidentnie spoglądające na malunek ptaka na dłoni św. Franciszka, turbo śnieżyca, która mi w ogóle nie przeszkadzała bo ściana była suchutka, częsty doping dzieci w mundurkach lub sam klimat tego miejsca, to tylko kilka z czynników, ktĂłre sprawiały, że taka aura malarska, była dla mnie zdrowa i świeża, a to żadna oczywistość. Więc ją doceniałem, identyfikowałem się z nią emocjonalnie. To nie było zamówienie komercyjne i cieszy mnie fakt, że w planach mamy następne pomysły na kolejne ściany z terenu klasztoru. Kiedy odpowiedni ludzie są na odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie, to nowe, czyste tchnienie, wprowadza się w otoczenie, mimochodem i nie mówię tu o sobie.
Przed rozpoczęciem malowania przygotowałem tylko zarys wizji, więc otrzymałem pełne zaufanie co do wykonania. To było już rodzajem pewnej wolności, swobody, ale także i auto presji z powodu debiutu na tym terenie. Chciałem aby mural nie przypominał fototapety, chciałem aby wykonanie nawiązywało do starodawnych fresków nadszarpniętych duchem czasu, ale nadal w formie. Zależało mi aby wykorzystać odcienie, plamy, odbarwienia, które już były, a momentami wprowadzić tłusto soczysty kolor. Sporo energii, pozytywnej, radosnej ale bez podlizu i milusiństwa, czyli energii szczerej- biologicznie naturalnej. Niech nią emanuje ten wielkoformatowy obraz…który nie jest opisany tytułem, który momentami jest niedopowiedziany bo ma pobudzać wyobraźnię; dawać do myślenia, każdemu z osobna na indywidualny sposób. Taki niespodziewany, napotkany lub po prostu mijany mural, ma na celu nie tylko ożywiać lokalny koloryt. Śmiem twierdzić, że ma także ewentualnie lekko pocieszać i rozchmurzać widzów, bo przedstawieni tam Pielgrzymi Nadziei mają misję i to nie są zwykli spacerowicze. A kwestie, które często poruszał św. Franciszek, ja osobiście nazywam sobie taką Sztuką Doceny. Malując tam uczyłem się tego miejsca, z początku było gwarno, cienie na ścianie, które utrudniały zachowanie gry kolorów, po południu całość centralnie pod słońce itd, Z czasem to opanowałem i potrafiłem uzyskać odczucie dosłownej sielanki duchowej podczas pracy. Swobody- zapracowanej, co sprawiało, że doceniałem ją bardziej. Gołębie chodzące po ziemi i ewidentnie spoglądające na malunek ptaka na dłoni św. Franciszka, turbo śnieżyca, która mi w ogóle nie przeszkadzała bo ściana była suchutka, częsty doping dzieci w mundurkach lub sam klimat tego miejsca, to tylko kilka z czynników, ktĂłre sprawiały, że taka aura malarska, była dla mnie zdrowa i świeża, a to żadna oczywistość. Więc ją doceniałem, identyfikowałem się z nią emocjonalnie. To nie było zamówienie komercyjne i cieszy mnie fakt, że w planach mamy następne pomysły na kolejne ściany z terenu klasztoru. Kiedy odpowiedni ludzie są na odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie, to nowe, czyste tchnienie, wprowadza się w otoczenie, mimochodem i nie mówię tu o sobie.
Pozdrawiam
Tomasz Żochowski